Kategorie: Wszystkie | Euro 2008 | inne | piłka nożna | siatkówka
RSS
niedziela, 21 grudnia 2008
Tak naprawdę zawsze był to Arsenal

Od wielu, wielu miesięcy nie notowałem na tym blogu żadnych wpisów. Głównym powodem tej sytuacji był mój wyjazd. Nagle, z dnia na dzień brakło mi wolnego czasu, a zamieszczanie tutaj kolejnych ogólnosportowych wydarzeń zeszło w cień rozpoczynającej się w sierpniu ligi angielskiej.

Arsenal całkowicie pochłonęła mój wolny czas. Stąd pomysł by ruszyć z serwisem www.arsenalizacja.pl

Jeśli ktoś wcześniej zaglądał tutaj i czytał moje dotychczasowe wpisy musi wiedzieć jedno: tak naprawdę zawsze liczył się tylko Arsenal.

 

Pozdrawiam i zapraszam od dziś na

 

22:44, fan.sport , inne
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 września 2008
Arsenal - FC Porto (Oceny Kanonierów)

Arsenal Londyn - FC Porto   4:0
Liga Mistrzów
30.09.2008 r.
Emirates Stadium

Almunia (8) – Bardzo pewny przy wszystkich interwencjach. Nawet jeśli piła nie leciała w światło bramki, do końca ją asekurował.

Sagna (6) – Słaby występ. Niepewny, szczególnie w pierwszej połowie spotkania. Zaliczył kilka strat przy wyprowadzaniu akcji, co kończyło się groźnymi akcjami rywali.

Toure (8) – Zastanawiałem się jaka ocena była odpowiednia. Postanowiłem dać „ósemkę” bo środkowi defensorzy, tak jak golkiper zawsze chcieliby grać na zero z tyłu. Pomimo jednego czy dwóch zamieszań w polu karnym (jeśli dobrze pamiętam po stałym fragmencie gry – za co winę ponosi cały zespół) Kolo wraz z Gallasem zagrał bardzo poprawny mecz.

Gallas (8) – Jak wyżej. Bardzo łądnie odczytał w pierwszej połowie sytuację, gdzie piłka minęła Toure. William świetnie zaasekurował, dzięki czemu prawdopodobnie uchronił nas przed stratą bramki.

Clichy (9) – Gdybym brał pod uwagę wszystkich zawodników tego meczu poza Adebayorem i van Persiem – Clichy otrzymałby ode mnie tytuł gracza meczu. Był niesamowity w defensywie. Niesamowicie odczytywał pomysły rywali, wyprzedzał graczy Porto dzięki czemu szybko uruchamiał naszych pomocników. Często włączał się w grę ofensywną. Tyrał na całej długości boiska. No i jak napisałem wcześniej – był bezbłędny w obronie. Brakowało tylko udziału przy jakiejś bramce.

Walcott (7) – Tu miałem poważny problem. Nie do końca wiedziałem jak mam ocenić Theo. Z jednej strony robił świetne wrażenie swoimi rajdami, wykorzystywał niesamowicie szybkość. Z drugiej strony jednak oczekuję od niego czegoś więcej niż minięcie dwóch zawodników na szybkości. Dzisiaj, prócz tych kilku dryblingów nie pokazał nic więcej. Bo albo zatrzymywał się na kolejnym rywalu, albo nie potrafił celnie podać/strzelić. Swoją „siódemkę” przypieczętował pudłem z 5 metrów i nienajlepszym podaniem do Nasriego (na wysokość ud), który podobnie spudłował chwilę później.

Denilson (5) – najsłabsze ogniwo naszej drużyny. Wystarczy wspomnieć niedokładne podania, straty, nieudolne dryblingi. W żaden sposób nie pomagał drużynie, a nawet zmuszał zespół do naprawiania jego błędów. Nieprzydatny w ofensywie, tak jak w obronie.

Fabregas (7) – Poza kilkoma dobrymi podaniami był to występ z kategorii „poprawne”. Nie był głównym kołem zamachowym naszej ofensywy. Być może z powodu zadań nałożonych w środku pola, a być może z tego powodu, że wszystko „załatwiali” za niego nasi napastnicy. Brakowało mi w wykonaniu Cesca strzałów zza linii 16 metrów. Był to lepszy występ niż ostatnie i być może forma zacznie wreszcie zwyżkować.

Nasri (6) – Być może nie zauważyłem jego kilku zagrań, zaś te które pamiętam, nie powodowały wielkiego popłochu w obronie Porto. Kilka sztuczek przy linii bocznej to za mało na takiego pomocnika jakim jest Nasri. On w poprzednich meczach pokazał jak potrafi grać dla Arsenalu. Liczę na szybki powrót do formy po kontuzji.

van Persie (10) – MOTM. Zdecydowani i bezwarunkowo najlepszy dziś gracz a boisku. Już od pierwszych minut dał znać o sobie. Pierwszy jego strzał zdołał wybić bramkarz, zaś po drugim (trudnym do wykonania) piła minimalnie minęła poprzeczkę. Przy pierwszym golu wykonał świetną robotę, szukając miejsca do strzału i wychodząc przed obrońców. Druga bramka to zasługa jego siły i nieprzeciętnych umiejętności. No i asysta przy golu Adebayora. A grał jedynie 65 minut!

Adebayor (10) – Innej oceny niż „10” nie można dać graczowi, który strzela 2 bramki i asystuje przy trzeciej (swoją drogą – widać zrozumienie w grze Adeba – Persie – kiedy wyczekiwał na ruch Robina w polu karnym). Mógł strzelić więcej, brakło skuteczności.

Bendtner (8) – Świetna zmiana. Wywalczył rzut karny (asysta?) oraz kilkukrotnie przytomnie zachował się przy rozegraniu/odegraniu piłki w/przed polem karnym.

Eboue (6) – Miał pozytyw w tym meczu – wniósł niemało śmiechu. Szczególnie w tym momencie kiedy wykonywał wiatrak nad piłką a po kilku sekundach rywal mu ją zabrał jak dziecku. Dużo szumu i wiatru, które nic nie wniosły do gry.

Vela (za krótko grał)

 

 

niedziela, 28 września 2008
Arsenal przegrywa z beniaminkiem
Almunia z Hull

Na początku zaznaczam, że jest zły, poirytowany, wściekły, rozdrażniony i zarazem bezradny w tym wszystkim. Arsenal, który kilka dni wcześniej był na ustach wszystkich, który młodzikami rozgromił 6:0 zespół Sheffield Utd., który był chwalony za kreatywność, walkę, piękno gry i wszystko co najlepsze - dziś zaprezentował się dokładnie odwrotnie niż w meczu Carling Cup.

Nie rozumiem tego co się stało. Tu nie chodzi o poszczególnych zawodników. Nie mogę powiedzieć, że ten grał dobrze, a ten słabo. Cała drużyna zaprezentowała się tragicznie. Ewidentny błąd Wengera. Nie wiem czym spowodowany ale podejrzewam, że najzwyczajniej olaliśmy rywala. Nie może być tak, że przez pierwsze 45 minut gramy na chodzonego. Tygrysy biegały 2 razy więcej od nas, a my spacerowaliśmy jakbyśmy uważali się za nie wiadomo kogo, jakbyśmy mieli tą świadomość, że "w końcu my jesteśmy lepsi i strzelimy tu niejedną bramkę". Po tym farciarskim golu i wyjściu na prowadzenie chyba całkowicie straciliśmy głowę. Raz, dwa i już było 1:2. I nagle okazało się, że ten cały Hull wytrzymuje kondycyjnie i cały czas biega tak jak na poczatku meczu. A u nas tradycyjna panika.

Co do zespołu gości. Wiedziałem, że są solidną drużyną. Zaskoczyli mnie jednak. Byli prawdziwą drużyną, która walczy od poczatku do końca - wszyscy wspólnie pracowali na ten sukces. Obie bramki przepiękne. Momentami trudno było rozpoznać w których koszulkach gra Arsenal, bo Hull świetnie grało w defensywie, naprawdę cięzko pracowali podwajając gracza z piłką. Przez to trudniej było nam rozgrywać "swoje akcje". Dokładnie wiedzieli jaki plan mają realizować na boisku i świetnie go wykonali. Przykro to mówić ale należą im się za to wielkie brawa i szacunek.

A jak to wygląda z naszej perspektywy? Beniaminek przyjeżdża na stadion nie zdobyty od niepamiętnych czasów i ku zaskoczeniu i zdziwieniu wszystkich ogrywa "niesamowitą drużynę" 2:1 prezentując nie gorszy styl od kanonierów.
Nie wiem co ja bym zrobił teraz na miejscu Wengera. Najprawdopodobniej przeszedłbym do fazy ostatecznej - czyli solidny opieprz. Cyba nagrałbym ten mecz na kasetę i kazał im wszystkim oglądać go codziennie po każdym treningu. Wskazówka - nigdy tak nie graj!

Po pierwszych 45 minutach zastanawiałem się co się dzieje z Fabregasem, van Persim, Walcottem. Czy może coś z nimi nie tak, zniżka formy, lub coś innego? Przy stanie 1:2 okazało się jednak, że ci ludzie potrafią w ciągu kilkunastu minut zacząć biegać szybciej, grać dynamiczniej, więcej strzelać. Inna sprawa, że gdy widziałem dzisiaj nasze dośrodkowania to miałem ochotę krzyknąć "nie skrzydłami, a środkiem się pchajmy w tę bramkę".

Istna kapitulacja. Forma, styl, jakość, wykonanie, pomysł. Wszystko do dupy. Mam nadzieję, że tak jak na mnie podziałała ta porażka, tak samo może ona wpłynąć na zawodników. Liczę też, że ciskając butelkę o ziemię, Wenger nie zrobił tego "pod publiczkę" ale że faktycznie wszystko to już go cholernie wkur***.

Oby dzisiejszy wynik podziałał jak swoisty zimny prysznic, bo po zwycięstwach nad średniakami niektórym się już może w głowach poprzewracało. Mu, Chelsea czy Liverpool nie będą łaskawsze dla nas.
niedziela, 14 września 2008
Blackburn - Arsenal 0:4. Adebayor z hat-trickiem

 

Abebayor

Po dwóch zwycięstwach na własnym stadionie, przed Arsenalem stanęła pierwsza z trzech "przeszkód wyjazdowych". Blackburn Rovers okazał się jednak nie tak trudnym rywalem jak się obawiałem, a Kanonierzy zwyciężyli 4:0 po trzech golach Adebayora.

Może moje zdanie zabrzmi dziwacznie ale wewnętrznie czuję, że to 4:0 w żadnym stopniu do mnie nie przemawia. Prócz pierwszych 10-15 minut (i jakiejś części w drugiej połowie) nasza gra wydawała mi się dziwnie "dziwna". Praktycznie przez większą część pierwszej połowy to Blackburn stawiało trudne warunki, którym nie potrafiliśmy sprostać. Wkradł się jakiś marazm w nasze szeregi, jakby to 1:0 bardzo nas uspokoiło. Za bardzo. Modliłem się byśmy nie stracili bramki na 1:1, a niewiele nam do tego brakowało.

Co do gry Cesca i Denilsona ciężko mi się odnieść bo zbyt mocno przeżywałem tą pierwsza połowę, by przyglądać się jak się oni poruszają na boisku w poszczególnych akcjach. Faktem jednak jest to, że Denilson zagrał ok, w czym miał pośredni udział Cesc.

Co do napastników. Nie wiem. Niby strzelają te gole, jednak ja bym w tej chwili bardziej liczył na van Persiego niż Adebe. Persie w ostatnich spotkaniach popisał się kilkoma niezłymi akcjami, świetnym strzałem z wolnego (świetnie wybronionym przez Givena bodaj) i ogólnie wydaje mi się, że z meczu na mecz będzie coraz lepiej. A to, że póki co nie trafia tak często? Dajmy mu czas.
Adebayor to nieco inna para kaloszy. Jak mam rozumieć te notoryczne ofsajdy na których był łapany jak dziecko? Nie wiem czym to było spowodowane ale miarka przebrała się w momencie gdy z Perskim wyszli niemal sam na sam z Robinsonem i Robin nie miał wielkiego wyboru, jak tylko przyłożyć po krótkim rogu - Adebayor nie potrafił nawet utrzymać linii z piłką...

Choć można także cieszyć się z faktu, że mimo tylu spalonych i przeciętnej grze udało mu się zaliczyć 3 gole.

Czy odnoszę dobre wrażenie, że Eboue nie był faulowany i nie powinno być karnego dla nas? Czy tez może miałem zbyt słabej jakości obraz na Sopcascie i osoba Eboue wpłynęla na moje postrzeganie rzeczywistości?

Zatrzymam się na chwilę przy dwóch graczach. Chodzi mi mianowicie o Almunię i Walcotta.

Nasz golkiper zaliczył bardzo pozytywny występ. Cieszy mnie jego duża pewność przy wszelkich dośrodkowaniach. Z tego co pamiętam wyłapał czysto wszystkie wysokie piłki (przypomina mi się czasem ta obawa z wychodzącym do wysokich piłek Lehmannem). Świetnie obronił też groźny strzał z dystansu (to chyba Roberts strzelał). Ogólnie w ostatnich trzech meczach wyszedł na "zero" co powinno dodać mu jeszcze więcej pewności siebie. Oczywiście to nie były najsilniejsze drużyny, niemniej Manuel wraz z obroną spisał się na medal.

 

Walcott


Walcott to inna ciekawa osoba. Już od jakiegoś czasu zaczął prezentować lepszą formę. Jego postęp w grze jest widoczny w porównaniu z poprzednim sezonem. A te trzy bramki strzelone w ostatnim meczu reprezentacyjnym (mam nadzieję) zmienią go na lepszego gracza. Co moim zdaniem poprawiło się w jego grze? Skuteczność. I to nie tylko ta strzelecka ale głównie stosunek podań celnych do strat. Pamiętam jak w poprzednim sezonie zabierał się do kiwania rywala i na 10 dryblingów wychodziły mu może z 2. Przy ośmiu próbach zazwyczaj zabierano mu piłkę jak dziecku na podwórku. Teraz jest inaczej. Dryblingi i rajdy wychodzą mu znacznie lepiej (jak przy asyście i golu Persiego na 1:0).
Jeśli będzie nam się rozwijał tak jak Cesc, to już za rok możemy mieć z niego wielki pożytek.

 

środa, 16 lipca 2008
Niefortunni rywale Polaków

 

Polska

Tegoroczne starty i turnieje siatkarskiej drużyny mężczyzn wielu kibiców śledzi ze szczególną uwagą. Nasi siatkarze mają do spełnienia podstawowy cel – powtórzyć sukces podobny do tego z ostatnich mistrzostw świata. Tym samym dać nam wszystkim do zrozumienia, że tamten wynik nie był jednorazowym wyskokiem. Chcemy wszyscy wierzyć w to, że nasz kraj chociaż w siatkówce może na dłużej zagościć w ścisłej światowej czołówce sportów zespołowych.

Ten sezon ma być ostatecznym sprawdzianem dla tych którzy zdobywali wicemistrzostwo świata, w tym trenera Raula Lozano. Zakwalifikowanie się na turniej olimpijski nie było żadnym sukcesem. To był wręcz obowiązek. Wstydem można nazwać fakt porażki w eliminacjach do Mistrzostw Europy, gdzie daliśmy się ograć Czarnogórze i Etonii. Ci, którzy polską siatkówkę śledzą od kilku lat przyznają otwarcie: niby drużyna jest dobra jak nigdy, a wyniki najsłabsze od wielu lat.

Tegoroczne przygotowania reprezentacyjne podporządkowane są przede wszystkim Igrzyskom Olimpijskim. Dlatego rozgrywki Ligi Światowej traktowane są (także przez wiele innych czołowych drużyn) nieco po macoszemu. Lozano zdecydował się na żonglowanie składem, tak by na dalekie wyjazdy nie wysyłać ciągle tych samych zawodników. Jednym słowem – rotacja.

Japonia

Kiedy ogłaszane były składy grup eliminacyjnych „światówki”, patrzyliśmy na naszych rywali głównie przez pryzmat siły jaką mogą oni prezentować na boisku. Ani Chiny, ani Japonia, nie mówiąc już o Egipcie, nie zaliczają się do światowej czołówki. Toteż nastroje po ogłoszeniu składów naszej grup były bardzo pozytywne. Oczywistym było, że bez większych problemów, bez szczególnych wysiłków, testując niejako graczy „rezerwowych” można było tę grupę wygrać i spokojnie zameldować się wśród drużyn w turnieju finałowym.

Na dwa mecze przed zakończeniem fazy grupowej przyznać trzeba, że Raul Lozano wypełnił ten plan w stu procentach. Początkowo bez Winiarskiego i Wlazłego, później bez Zagumnego – Polacy wygrywali mecze i ostatecznie brakuje im jednego zwycięstwa (z teoretycznie najsłabszym zespołem) by zapewnić sobie awans do „final six”. Niby wszystko idzie zgodnie s planem, niby wszystko jest OK. A przecież nie da się oszukać tego wewnętrznego wrażenia, że nie do końca tak to miało wyglądać. Odnoszę wrażenie, że na niecały miesiąc przed pierwszym meczem w Pekinie nie wszystko gra. W dodatku przed nami, zza zakrętu wyłania się kolejny pagórek...

 

Chiny

Wymieniłem poglądy z kilkoma znajomymi, którzy potwierdzili moje spostrzeżenie – Polacy nie grają w tej chwili tak jakby sobie wielu z nas życzyło. Ja sam określam obecnie naszą formę na co najwyżej przeciętną. Co prawda ostatnie dwa mecze z Japonią najsłabsze w naszym wykonaniu nie były, jednak należy brać pod uwagę, że rywale przyjechali do Polski w okrojonym składzie, w dodatku bez pierwszego trenera.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że szczyt formy ma przyjść dopiero za miesiąc, jednak patrząc na naszych rywali, mam pewne obawy. Rosjanie i Brazylijczycy wyglądają w trakcie swoich spotkań na drużyny dużo lepiej poukładane. Nasza gra w niczym nie przypomina tego co widzimy w wykonaniu najlepszych. Wygląda to tak, jakby Rosja i Brazylia była już niemal gotowa do rywalizacji na najwyższym poziomie, kiedy my ciągle szukamy gdzieś formy i świeżości. A przecież zwycięstwa z Japonią, Chinami i Egiptem przychodzą nam po niełatwych i zaciętych meczach.

Dodatkową niedogodnością jaką spotkają nasi siatkarze (ale także zawodnicy innych zwycięskich drużyn) jest data i miejsce rozgrywania turnieju finałowego tegorocznej „światówki”. Nie dość, że finał ma się odbyć w dniach 23 - 27 lipca (czyli na dwa tygodnie przed Igrzyskami), to dodatkowo miejscem rywalizacji ma być Rio de Janeiro. Dwukrotna zmiana strefy czasowej w tak krótkim czasie to prawdziwa katorga dla sportowych organizmów.

Z drugiej strony jednak, zakwalifikowanie się do finałów LŚ to dodatkowe pieniądze dla PZPS. Wyjazd na ten turniej to także szansa na zmierzenie swoich sił z najsilniejszymi zespołami. Ponieważ w tym sezonie nie zagraliśmy jeszcze spotkania z czołowym zespołem – ten turniej może być swoistym papierkiem lakmusowym dla ekipy Lozano.

 

Egipt

Jak oceniam dotychczasowe wykonanie planu przez naszych siatkarzy? Średnio. Mogę powiedzieć, że pechem było dla nas znalezienie się w tak słabej grupie. Określić swoją jakość na poziomie Chin czy Egiptu jest trudno, a i nic pożytecznego z tych spotkań nie wynieśliśmy (no może poza bardzo miłym zaskoczeniem w postaci Marcina Wiki). Spoglądając na wszystko z dzisiejszej perspektywy, wolałbym chyba jednak by nasza drużyna znalazła się w grupie śmierci tak jak zespoły Brazylii, Francji i Serbii. Wtedy mielibyśmy zapewnionych osiem ciężkich spotkań z silnymi ekipami. Polacy mieliby szansę na dotarcie się w prawdziwej walce, z adrenaliną we krwi, ze świadomością, że jedna pomyłka w końcówce seta może pogrzebać szanse na wygranie całej partii. Gdybyśmy wyszli z takiej grupy, niesamowicie wzmocniłoby to nasze morale i podreperowało wątła wiarę we własne siły. (Nadal uważam, że porażki w eliminacjach do ME siedzą w głowach naszych siatkarzy). Gdybyśmy nie zdołali awansować do ścisłego finału, mielibyśmy czas na dopracowanie mankamentów gry i zorganizowanie kilku sparingów z drużynami które do Brazylii by się nie wybrały. Paradoksalnie słabsze drużyny w naszej grupie nie do końca są dla nas takie szczęśliwe. Los rzadko kiedy odwiedza nas w takiej postaci, w jakiej byśmy sobie tego życzyli. Nie zostaje nam więc nic innego jak pokonać Chińczyków i jechać do Rio z bojowym nastawieniem.

Powyżej nie przyjąłem takiego rozwiązania, które mówiłoby że owy turniej finałowy może się stać dla podopiecznych Lozano momentem przełomowym, pewnym zwrotem. Być może właśnie tam przyjdzie oczekiwana olimpijska forma i w glorii zwycięstwa prosto z Brazylii wyjedziemy do Chin, by jedynie potwierdzić nasz powrót na siatkarski szczyt.

sobota, 12 lipca 2008
W objęciach Prezesa

Z mijającymi kolejnymi miesiącami urzędowania „długo już nam panującego” Michała Listkiewicza, z coraz mniejszym zdziwieniem dostrzegam, że cały naród, wszyscy ci, którym na sercu leży dobro polskiej piłki nożnej – zaczynają być (o ile już nie są) jego zakładnikami.

Konferencje prasowe z udziałem prezesa można porównać do gonitwy za najważniejszymi ludźmi w Polsce. Niczym za prezydentem lub premierem, podążają za Listkiewiczem dziennikarze z wystrzelonymi w niego kamerami i mikrofonami. A całe to zamieszanie tylko po to, by mieć dla siebie to jedno zdanie: zostanie, czy odejdzie?

Oto co pisały w minionym tygodniu gazety:

Nieoczekiwanie Michał Listkiewicz, który jeszcze niedawno zarzekał się, że odejdzie jesienią ze stanowiska prezesa PZPN, zaczął zastanawiać się, czy jednak kandydować we wrześniowych wyborach. - „Podczas wizyty Platiniego wielu delegatów UEFA powiedziało mi, że powinienem jesienią kandydować na prezesa. Wcześniej mówiłem, że nie, ale teraz mam poważne rozterki.”
„Prezes greckiej federacji miał zrezygnować, mimo fatalnej gry jego reprezentacji na Euro 2008, ale będzie prezesem na kolejne lata. Dlaczego ja więc nie mógłbym pozostać? - pyta retorycznie Listkiewicz.”
Na pytanie, co stanie się, gdy prezesem zostanie Grzegorz Lato, obecny szef PZPN spokojnie odpowiada: - „Z Grześkiem świetnie mi się współpracuje. Jeśli zostanie wybrany, wciąż będę miał wpływ na to, co dzieje się w związku.”

 

A oto wywiad sprzed 3. miesięcy, w którym Listkiewicz mówi, że nie będzie kandydował w kolejnych wyborach na prezesa PZPN. http://www.sport.pl/pilka/1,80056,5123426.html

Oczywiście każdy może sobie wyciągnąć wnioski we własnym imieniu. Proponuję zastanowić się teraz jakie pobudki kierowały szefem PZPN-u gdy mówił w ostatnich dniach o zmianie swojej decyzji.

Na pierwszy rzut oka jego decyzja wydaje się nielogiczna i przysparzająca mu raczej przeciwników niż osoby chętne do współpracy. Prawdą jednak jest także to, że Michał Listkiewicz do stracenia nie ma za wiele. Zadbały o to i dotychczasowe rządy RP, i delegaci w wojewódzkich OZPN-ach a nierzadko i sami dziennikarze. Gdzie się człowiek nie obejrzy, atakują go kolejne informacje z frontu: czy odejdzie czy może nie? Kiedy odejdzie? Kto będzie jego następcą, czy będą zmiany...?

Gazety i telewizje przypominają sobie o Listkiewiczu zazwyczaj wtedy gdy zbliża się kolejny zjazd PZPN lub kiedy sam zainteresowany (tak jak ostatnio) palnie, że Platini i włodarze UEFA widzieli by go na stołku szefa polskiego związku aż do 2012 roku. Kiedy zaś o wyborach ni słychu, ni widu, wtedy media jakby zamierają w tym temacie, a sam Listkiewicz ma chwilę spokoju.

A może przeszedłszy taką terapię szokową zgotowaną przez nas wszystkich, prezes najzwyczajniej się uodpornił na podobne zdarzenia?!

Doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że kłamcą był nazwany wielokrotnie, więc niedotrzymanie kolejnego danego słowa nie będzie miało wpływu na zmianę postrzegania go przez opinię publiczną. No i zawsze ma się ten argument: „sam Platini zasugerował mi, że powinienem pozostać na stanowisku by dopilnować inwestycji związanych z Euro 2012”. Każdy średnio zainteresowany wie, że Euro w Polsce to teraz najważniejsza impreza piłkarska rysująca się przed reprezentacją. Nikt nie zdecyduje się na zrobienie jakiegoś nieodpowiedzialnego kroku, który mógłby mieć wpływ na opóźnienia w przygotowaniach do najważniejszej imprezy w naszym kraju. A przeciwstawić się woli samego Platiniego? Samobójstwo.

Prezes dobrze wie, że praktycznie jest nie do ruszenia. Ponieważ PZPN jest organizacją niezależną od polskiego rządu, ministerstwo nie ma nad nim bezpośredniej kontroli. Stąd często przeze mnie odnoszone wrażenie, że Listkiewicz patrzy sobie na nas wszystkich z góry, z delikatnym uśmieszkiem, jakby chciał powiedzieć: „gadajcie sobie do woli – i tak nic to nie zmieni bo ostateczna decyzja należy do mnie”. Powiem więcej. Czasami wygląda to na grę prowadzoną przez prezesa PZPN. Wstaje rano, myśli sobie, że rzuci prasie jakieś głupie zdanie, a potem z rozbawieniem obserwuje jak na jego idiotycznej wypowiedzi budowane są niemniej idiotyczne tezy i oceny.

Kto wie, może pomysł z desygnowaniem Grzegorza Laty na kandydata do prezesury, było podobnym zabiegiem. A może Listkiewicz chciał wysondować jaką popularnością cieszy się ten człowiek (kandydatura tak absurdalna, że nie potrafię przyjąć innego wytłumaczenia). No i jeszcze jeden argument. Na tle Laty, Listkiewicz nie prezentuje się już tak fatalnie. Lato to tutejszy, niskopienny działacz. Zaś Listek to wyrafinowany gracz, prężnie poruszający się po krętych europejskich korytarzach, mający wśród działaczy na całym świecie mnóstwo znajomych i przyjaciół (w domyśle, wtyki i szanse na pozytywne rozpatrzenie jego prośby przez wysoko postawione persony).

I tak sobie trzyma nas wszystkich ten Michał w śmiertelnym uścisku współzależności. Nawet jeśli utrzymałby to przewodnictwo do tego 2012 roku to (jestem przekonany) byłoby mu mało. Już widzę oczami wyobraźni jak po finałach w Polsce i na Ukrainie starszy o te kilka lat mówi: „dajcie mi porządzić dłużej a sukcesy będą kontynuowane. Jestem po rozmowie z szefem UEFA, który powiedział, że mamy wielką szansę na organizację meczu finałowego Ligi Mistrzów”. Możliwy scenariusz? Jak najbardziej. Listkiewicz wiedziałby jak to wizerunkowo wykorzystać.

Chyba jednak patrzymy na PZPN w zbyt łagodny sposób. Szczerze mówiąc od czasów Dziurowicza niewiele się on zmienił. Listkiewicz walczył z Marianem o fotel zapowiadając zmiany, a ostatecznie znalazł się dziś w jego butach i podobnie podchodzi do pełnionych przez siebie obowiązków. Z zewnątrz może i PZPN wygląda lepiej niż przed 10 laty, bo wizerunkowo Listkiewicz go poprawił. Wewnątrz jednak to dalej zgniły trup, który można porównać do całej skorumpowanej piłki. Polskiego Związku Piłki Nożnej nie zmienią żadne wybory, jeśli w związkach tej organizacji nadal o najważniejszych osobach będą decydowali Ci sami delegaci z tych samych związkowych okręgów. Teraz o głosy dla Listkiewicza może być łatwo. Przecież kilka tygodni wcześniej rozdano całkiem sporo biletów na tegoroczne ME 2008. Ludzie wiedzą jak się odwdzięczać.

sobota, 05 lipca 2008
Spoglądając na okienko

Czerwcowy czas, który minął przed telewizorem wraz z wpatrywaniem się w kolejne ciekawe i trzymające do samego końca spotkanie Euro, minął na dobre. Spod deszczu ekscytacji i zachwycania się kolejnymi reprezentacjami wpadłem pod rynnę smutku, pełen dezorientacji i niemożności odnalezienia się w tym „nowym – skomercjalizowanym świecie po Euro”. Nagle lojalność i przywiązanie do barw i symboli stało się czymś mniej ważnym. Zapanowała gorączka transferów.

Wewnętrznie targają mną dwie różne, sprzeczne emocje związane z lipcową gorączką kupowania. Jedna z tych emocji to pewna ciekawość, zainteresowanie (rzekłbym nawet gorączka) w oczekiwaniu na tego kogoś, tego nowego, który przyjdzie i wzmocni naszą ukochaną drużynę w walce o mistrzostwo. Oczywiście im lepszy zawodnik, im bardziej znany gracz – tym moja gorączka większa. Uczucie więc doświadczane przez miliony kibiców w tym momencie jest jak najbardziej zrozumiane i usprawiedliwione. Sęk jednak w tym, że jeśli ktoś chce coś (w tym przypadku kogoś) kupić – to najpierw musi znaleźć się sprzedawca. I tutaj musimy na chwilę zmienić front, by zrozumieć (choć po części) moje „wewnętrzne rozdarcie”.

Pozwolę sobie na przedstawienie tego zjawiska na konkretnych przykładach, które są mi niestety bardzo bliskie, a które najlepiej (tak sądzę) oddają istotę rzeczy.

Arsenal Londyn, klub z czołówki angielskiej ligi miał w ostatnim sezonie do udowodnienia niejedno. Po odejściu Henry'ego, po słabym początku sezonu w wykonaniu Lehmanna i przymusowym odpoczynku dla Gilberto Silvy, trzon tej drużyny musieli stanowić gracze z drugiego rzędu, często skazywani na ławkę rezerwowi. Tak się szczęśliwie złożyło, że to właśnie dzięki tym zawodnikom Wenger mógł przez pół sezonu cieszyć się z liderowania w Premier League. Adebayor zakończył sezon z (wydawało się nieosiągalnym wcześniej dla niego pułapem) 30 goli. Manuel Almunia bronił w 29 meczach w EPL, przy 3. występach Fabiańskiego i 6. grach Lehmanna. Mathieu Flamini natomiast stał się prawdziwym objawieniem tego sezonu jako niezwykle ambitny i twardy gracz w środku pola – nie bez kozery przymierzany był w stylu gry do nieustępliwego Gennaro Gatusso.

Kiedy sezon zakończył się wiadomo było, że zespół opuści Flamini. Świadom swojej zwyżki formy postawił sprawę jasno – albo Wenger przystanie na jego warunki – albo odchodzi do innego klubu. No i odszedł do Milanu.

Ostatnio głośniej jest o innym graczu Arsenalu. Już sam nie wim czy to wina samego Adebyora, czy też może jego menadżer wprowadza takie zamieszanie. Faktem jednak jest, że do odejścia szykuje się gracz, który rozegrał dotychczas tylko jeden dobry sezon. Dziś szantażuje Wengera, że odejdzie jeśli nie otrzyma podwyżki 90 tysięcy funtów (tygodniowo)!

Dziwnie czuję się w tej nowej rzeczywistości, kiedy ludzie deklarujący na każdym kroku swoją miłość do klubu (to temat dla osobnych przemyśleń) po dwóch sezonach rozegranych w klubie gotowi są niemal za każdą cenę przejść do innego klubu. Adebayor nie jest tu oczywiście odosobnionym przypadkiem. Podobnie sprawa wygląda w przypadku wielkiego objawianie ligi angielskiej – Cristiano Ronaldo. Portugalczyk grał w tym sezonie niesamowicie. Śmiem wątpić czy podobne indywidualne sukcesy osiągnąłby w innym klubie, nie będąc prowadzony przez Alexa Fergusona. To właśnie w Manchesterze osiągnął szczytową formę i temu klubowi zawdzięcza swoją obecną pozycję w światowym futbolu. Nie jest to jednak dla niego w tej chwili najważniejsze. Liczy się zmiana barw klubowych i wyższa pensja.

Ktoś mógłby stwierdzić, że jestem niepoprawnym romantykiem, że w taki sposób podchodzę do sprawy oczywistej – transferów. Bo przecież to jest normalne – piłka to wielki biznes a okienka transferowe są częścią tej wielkiej machiny. Można rzec, że w wielkim stopniu to transfery decydują o klasie i poziomie gry drużyny. Wiem. Zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, że dzisiaj żaden zespół nie mógłby walczyć o najwyższe cele opierając się jedynie na swoich wychowankach. Po prostu naszło mnie takie dziwne spostrzeżenie, że o miłości do klubu świadczyć mogą dopiero któreś z kolei rozegrane sezony pod jednym sztandarem. Ronaldo, Adebayor i inni im podobni mają wielką szansę stać się prawdziwymi osobistościami w swoich klubach. Zapewne wielu piłkarzy chciałoby się znaleźć na ich miejscu, by móc stać się ikonami swoich drużyn, w których graliby wiele lat.

Nie mamy jednak pewności, czy ktoś kto zalazłby się na miejscu takiej gwiazdy nie podjąłby próby zmiany otoczenia. Możliwość podwojenia swojej pensji zapewne nie wpływałaby na chęć pozostania w klubie. No ale taki jest ten dzisiejszy futbolowy świat.

wtorek, 01 lipca 2008
Na lipcowy czas...

Niestety Mistrzostwa Europy już się skończyły i nadszedł czas miesięcznej posuchy. Przez cały lipiec chcąc lub nie będę musiał się zmagać z naszymi rodzimymi prolemami piłki nożnej. Z Austrii i Szwajcari powracali wszyscy dziennikarze i zmuszeni będą teraz do pisania o "polskich sprawach". W taki oto sposób zostaliśmy pozbawieni informacji z piłkarskich szczytów, a zasypani zostaniemy mało ważnymi newsami, np. na temat szans Laty w wyborze na szefa związku.

Ponieważ ligi europejskie zaczynają swoje rozgrywki dopiero w sierpniu, postanowiłem przetrwać ten trudny, lipcowy okres trochę na wesoło (co innego mi pozostaje?). Dlatego chciałbym się podzielić ciekawym znaleziskiem jakiego dokonałem w sieci. Kabaret Skeczów Męczących i "Piosenka trenera":

 
 I byle do sierpnia...
12:32, fan.sport , inne
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 czerwca 2008
O Rosji i Hiszpanii na marginesie

Pomimo tego, że to Hiszpanie mieli o jeden dzień mniej na odpoczynek po spotkaniu ćwierćfinałowym, to właśnie piłkarze z południa naszego kontynentu zaprezentowali się znacznie lepiej fizycznie. Pierwsze 45 minut to dla obu stron przede wszystkim stonowana gra w środku pola z nadzieją na jedno dobre podanie i wyjście na stuprocentową pozycję strzelecką. Najwidoczniej od początku tego meczu zawodników Luisa Aragonesa obowiązywała taktyka z najważniejszym założeniem – wyłączyć z gry Arshavina. Hiddink po meczu z Holandią powiedział, że jego 27-letni gwiazdor dlatego tak dobrze prezentował się w ćwierćfinale, ponieważ szkoleniowiec zostawił mu sporo miejsca na boisku, dając tym samym pole do pokazania swoich prawdziwych umiejętności. Deklaracja Guusa zabrzmiała niby podpowiedź dla rywali. Hiszpanie skwapliwie to wykorzystali ograniczając popisy Arshavina do minimum.

Jakże niewiele dzieli dziś drużynę w tym turnieju między porażką a zwycięstwem. Potwierdził to także ten mecz. Hiszpanie zaczęli grać swoją piłkę dopiero od momentu gdy zdobyli pierwszą bramkę. Dopiero od tego momentu mogliśmy obserwować południową, techniczną piłę. Rosjanie zmuszeni do odważniejszego ataku, do rozluźnienia swoich szyków obronnych, zostawili więcej miejsca dla pomocników Aragonesa. Gdyby chociaż nasi wschodni sąsiedzi potrafili z przodu tak zaabsorbować obronę rywali, by skupili się oni na defensywie... Dziś przekonaliśmy się jednak jak wiele dla rosyjskiego zespołu znaczy jeden piłkarz – Arshavin. Kiedy jemu nie udało się przeprowadzić efektownego dryblingu, stworzyć przewagi, zagrać niekonwencjonalnej piłki – nikt ze sbornej nie potrafił tego dokonać.

Andriej Arshavin. Mam spore wątpliwości czy ten gracz mógłby być prawdziwym wzmocnieniem dla najsilniejszych drużyn w lidze angielskiej. Traktując turniej Mistrzostw Europy jako swego rodzaju pigułkę ligi angielskiej, możemy stwierdzić, że podobnie wyglądają rozgrywki na wyspach. Mecze co trzy dni są na porządku dziennym. W dodatku w każdym meczu zespół walczący o mistrzostwo musi niemal na sto procent walczyć nawet z najsłabszymi klubami Premier League. Jeśli więc Rosjanin (nawet po bardzo wyczerpującym meczu ćwierćfinałowym) nie może dojść do siebie po pięciu dniach – to coś jest nie tak.

Kolejny świetny mecz Cesca Fabregasa. Piłkarz Arsenalu uznawany za jednego z najlepszych pomocników w Anglii, w reprezentacji Hiszpanii musi ustępować miejsca Xaviemu i Iniescie. Kiedy jednak pojawia się na boisku w roli zmiennika – potrafi zaskoczyć swoimi zagraniami obrońców innych zespołów. Dziś wszedł za Davida Villę i w drugiej części meczu dał popis swoich umiejętności. Asysta przy drugiej bramce rzuca się oczywiście najbardziej w oczy. Chciałbym jednak zwrócić także uwagę na całą masę podań, które otwierały drogę do bramki Torresowi i innym, ale które nie zostały zamienione na gole.

Rosjanie musieli czuć się fatalnie po stracie gola. W dogrywce z Holendrami byli bezlitośni i pogrążyli rywali. Dziś sytuacja się odwróciła. To ludzie Aragonesa „zabawiali się” po przerwie z Rosjanami. A jak będzie w finale?

sobota, 21 czerwca 2008
Umarła Holandia, niech żyje Rosja
Była fantazja, czasami niemal futbol totalny. Wszystko co chciałem zobaczyć - widziałem. Szkoda, że nie po stronie pomarańczowej a białej.

Myślałem, że będzie gorzej w razie porażki, że wieczór się popsuje i humor gdzieś odejdzie. Ale jakoś się trzymam. Ba, nawet powiem, że ostateczny wynik uważam za sprawiedliwy i się z nim już pogodziłem. I jakoś mi z tym dobrze. Nie potrafiłbym sobie wyobrazić płaczącego po porażce Arshavina. To byłoby straszne. Ten piłkarz zasłużył na więcej niż ćwierćfinał.

Teraz nie potrafię tak na szybko przeanalizować czemu Holendrzy zagrali tak przeciętny mecz. Jedno jest pewne - Rosjanie zrobili wszystko aby im przeszkodzić w rozwinięciu skrzydeł. To jak byli przygotowani kondycyjnie przez Hiddinka sprawiało niesamowite wrażenie. Dogrywka, wszyscy zawodnicy w pomarańczowych koszulkach słaniają się na nogach a Rosjanie co chwila wbiegają pomiędzy szyki obronne rywala stwarzając sobie niemal stuprocentowe sytuacje bramkowe. Tylko ta ich skuteczność...

Kto wie, czy w przypadku wykorzystania któregoś z rzutów wolnych w pierwszej połowie zawodnicy van Bastena nie poprowadziliby tego meczu jak poprzednich z Francją i Włochami. Rosja odkryta mogłaby być łatwiejszym celem do kolejnego punktowania.

Stało się, jak się stało. Nie wiem jakim wynikiem zakończy się jutrzejszy mecz ale na chwilę obecną mam już swojego faworyta w półfinałach - Rosję.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
statystyka
web stats stat24